Bezludne wyspy

Sobota, 30 lipca 2011

Phuket Czytano: 4332

Plaża na mojej wyspieGdy byłem dzieckiem imponował mi Robinson Crusoe. Miał swoją bezludną wyspę i urządzał ja po swojemu. Zawsze wydawało mi się to ciekawszym zajęciem niż urządzanie własnego mieszkania. Dlaczego miałbym nie odnaleźć swojej wyspy i jej nie urządzić po swojemu?

Moja nauczycielka historii  w szkole podstawowej nauczyła mnie jednej wartościowej rzeczy: Lepiej żeby został niedosyt, niż przesyt. Jej słowa wspomniałem gdy opuszczałem dżunglę. Dla zachowania nieskażonych wspomnień muszę to miejsce opuścić natychmiast. Bilet na samolot jest dwa razy droższy od biletu na autobus. Autobus jedzie 2 dni, samolot leci 2 godziny. Czy mam spędzać życie w fotelu, czy w tym czasie już urządzać się na wyspie?

Odebrałem pranie z pralni i pojechałem tuk-tukiem na lotnisko. 3 godziny później byłem na Phuket. Gdyby w tej historii występował narrator pewnie teraz by się zaśmiał: ciepło, cieplej, Phuket. Phuket to największa wyspa Tajlandii i stanowi najlepszą bazę wypadową na poszukiwania mojej wyspy. Moja wyspa będzie położona na Morzu Andamańskim.

Nie mam czasu do stracenia, za 4 dni muszę być Chaia, by za 5 dni zacząć kurs medytacji w klasztorze...

Od razu udałem się do portu i dołączyłem do załogi statku turystycznego, który obwoził turystów po wyspach. Moja rola polegała na tym, że musiałem po angielsku przywitać około 70 osób, które chciały wybrać się na wycieczkę z nasza 11sto-osobową załogą na dwupiętrowej łodzi z napędem motorowym. Moja mowa trwała około 5 minut. Mówiłem o tym, że wszystkie napoje i przekąski są w cenie. Piwo kosztuje 50 BTH (5 PLN) za puszkę 0,33 L. O 1400 będzie obiad. Przedstawiałem kilku Tajów, którzy pełnili rolę animatorów. Pokład wyższy i niższy są połączone schodami, więc zalecam chodzić po schodach tyłem i zawsze trzymać się poręczy, ponieważ może być ślisko. Teraz przedstawiłem program, np. najpierw popłyniemy na Wyspę Jamesa Bonda (kręcono tam Człowieka ze złotym rewolwerem), a potem wybierzemy się kajakami na wycieczkę po Zatoce Phang-Nga, gdzie obejrzymy niesamowite formacje skalne. Papierosy proszę palić po zawietrznej (żeby dym z papierosa był wywiewany za statek). Wycieczka kosztowała 120 PLN, a w sezonie suchym 240 PLN.

Przez 3 dni kompletnie straciłem rachubę czasu, stałem się częścią załogi. Moimi ulubionymi momentami były monsunowe ulewy. Padały codziennie. Wszystkich turystów trzeba było ulokować na dolnym pokładzie, gdzie było bezpieczniej. Cała załoga natomiast zostawała na górnym. To było straszne, ale dostarczało naprawdę dużo zabawy. Niebo nagle stawało się szare. Silnik łodzi musiał być cały czas włączony i łódź musiała poruszać się po okręgu, żeby nie stracić sterowności. Co mogła robić załoga na odkrytym górnym pokładzie, przy teorii, że opady deszczu monsunowego mogą wynosić do 300 litów na metr kwadratowy w ciągu miesiąca? W praktyce deszcz zaczynał padać bardzo delikatnie. Przy temperaturze 30 stopni Celsjusza, takie orzeźwienie było bardzo przyjemne. Kilka minut później była to już ściana wody. Deszcz monsunowy trwał od 30 do 40 minut, ale gdy już powietrze się schłodziło, to po prostu robiło się zimno. Wtedy każdy z nas brał po jednym plastikowym, gumowym materacu, które służyły turystom do wygodnego siedzenia. Trzymając materace jak tarcze mogliśmy uformować z nich iglo, pod którym mogliśmy przetrwać ulewę.

Najbardziej tragiczną historia wydarzyła się ostatniego dnia, wtedy znalazłem swoją wymarzoną wyspę. Była idealna, miała jaskinię, trochę drzew, górę na którą mógłbym się wspinać i wypatrywać przepływające statki. Nie była duża i mógłbym ja codziennie obchodzić, żeby sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu albo czy morze nie wyrzuciło rozbitka. Nie przeszkadzało mi, że nie była bezludna. Było na niej kilku mieszkańców, którzy prowadzili swój bar. Bar tez był idealny. Był zbudowany na skale, wchodziło się po drewnianych schodkach. Chciałem poznać właściciela, dlatego zamówiłem piwo Chang (po polsku słoń) za 10 PLN i obserwowałem, który z nich jest szefem. Okazał się nim mężczyzna, który nie miał żadnych dodatków. Pracownicy mieli pirackie koszulki, jeden miał klapkę na oku, inny dready - świetnie się komponowali. Czas na największą tragedię. Właściciel nazywał się Jo i po dwóch godzinach powiedział mi, że ma dla mnie miejsce i mogę zostać na wyspie do pełni księżyca, czyli około 2 tygodnie. Moja łódź odpływała za 30 minut, a jutro miałem wyruszać do Chaia na kurs medytacji. To była jedna z najcięższych decyzji w moim życiu, moje ciało było rozdarte: serce mówiło zostań na wyspie, umysł mówił jedź na medytację. Jo zrozumiał i powiedział, że jego drzwi są otwarte i mogę się u niego zatrzymać, kiedy będę następnym razem.

Wróciłem na statek. Ile poświęciłem dla dotarcia do następnego celu? Oby było warto...