Bangkok
Nie przepadam za popularnymi miejscami, to nie znaczy, że nie są warte odwiedzenia. W rzeczy samej muszą być tego warte, ale czemu wszystko na miejscu okazuje się takie komercyjne, np. możliwość kupienia kubeczka, czy talerzyka ze swoim zdjęciem? Po co kupować coś zupełnie nieprzydatnego i tandetnego? Nawet nie o to chodzi, po co w ogóle ktoś zawraca mi tym głowę, skoro przyjechałem po coś zupełnie innego?
Nie ukrywam czasem odwiedzam takie miejsca, a czasem nie.
Moje towarzyszki świadomie, a jak się później okazało, nieświadomie zdecydowały się pojechać na Farmę Krokodyli. Padało, zwierzęta były niekarmione i zamknięte w ciasnych klatkach. Musiały kupić sprzedawane lokalnie jedzenie dla zwierząt, żeby je na nakarmić. W całej tej sytuacji zwierzęta są tylko rekwizytami, turyści aktorami i to całkiem dobrymi, bo dokładnie wiedzą co mają robić - sięgać do portfela i ratować... niewymagające przedstawienie z marionetkami.
Żeby nie zmarnować tego dnia poszedłem do fastfood'a Subway. Po zjedzeniu okropnej kanapki nabrałem sił do wyszukiwania w internecie centrów medytacji. Po godzinie znalazłem kurs idealny dla siebie. Zaczyna się za 10 dni, jest prowadzony w języku angielskim: International Dhamma Hermitage w Suan Mokkh. 10-cio dniowe wczasy all-inclusive za 200 PLN. Życie jest dla mnie, czy ja jestem dla życia - postanowiłem tam dotrzeć za wszelką cenę. Czy dam radę wszystko porzucić, zdeponować swój dobytek w sejfie i zacząć wieść bardzo proste życie? 2 miski ryży i kubek herbaty o 1800. Pobudki o 400 joga do wschodu słońca - jak łatwo to wszytko napisać... uśmiech maluje się na moich ustach :)
Po powrocie kobiet ze wspaniałej atrakcji oznajmiłem, że dziś nic nie zrobiłem, ale wiem co będę robił. Kobiety oznajmiły, że kupiły karmę dla głodnych zwierząt w ciasnych klatkach i że są zdruzgotane swoimi przezyciami.
Kilka dni później pojechaliśmy na północ do Chang Mai, miejsca skąd można wybrać się treking po dżungli. Jechaliśmy 14 godzin w 3 klasie. Wszystkie okna były otwarte, a na suficie był wentylator. To była bardzo ciężka noc. Kiedy dojeżdżaliśmy Dr Quinn powiedziała, że w swoim przewodniku przeczytało o Pai oddalonego o 5 godzin drogi. Pai przypieczętowało nasze rozstanie. Na dworcu poznałem nowych towarzyszy.
Wszyscy byli angolami! Prawdziwymi angolami! Takimi, którzy nie wypuszczają wieczorem piwa z dłoni, którzy muszą mieć jednoosobowy pokój na wszelki wypadek. Zdecydowaliśmy się wynająć przewodnika na trekking po dżungli. Chris kupił dla siebie nowe buty za 20 PLN, wynajęliśmy przewodnika. Jutro wyruszamy...
Poprzedni wpis: Magia w Azji | Następny wpis: Dżungla, słonie i banany |