Pierwszy dzień w Bagkoku

Środa, 20 lipca 2011

Bangkok Czytano: 601

Samolot o numerze lotu VV0171 z Kijowa do Bangkoku doleciał z godzinnym opóźnieniem. Grunt, że doleciał i że doleciały w nim nasze bagaże (o zagubionych bagażach w samolocie jeszcze wspomnę w czasie tej wyprawy). Dzięki opóźnieniu linii Aero Svit, bez czekania, mogliśmy skorzystać z pierwszego połączeń transportu publicznego z centrum miasta. O 600 za 45 batów za bilet odjeżdża Sky Train - ekspresowy pociąg do centrum miasta. Warszawa jest może 200 lat za Bangkokiem, na obrzeżach miasta były budynki mieszkalne kilka razy wyższe niż biurowce w naszej stolicy. Pomyślałem o Kazimierzu Wielkim, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Czas na nowego bohatera, który zastanie Warszawę miastem, a zostawi metropolią.


Do pokoju mogliśmy zameldować się dopiero o 14-tej. Zostało 6 godzin. Marysia  przywdziała kreację z popularnego namonciaku.pl, a Nikita wystylizowała się na Larę Croft z gry Tomb Rider. Mimo, że tu była ósma rano, to w Polsce była druga w nocy. Mój mózg nie był zbyt aktywny w tym momencie. Jeszcze nie funkcjonowałem w tej strefie czasowej, postanowiłem poczekać godzinę na aniołki, aż skończ stylizację.


W hotelu była klimatyzacja, chłodne, suche, przyjemne powietrze. Na zewnątrz było kilka stopni cieplej i bardzo wilgotno. Pierwsze wdechy były walką, powietrze było tak ciężkie od wilgoci. Po kilku minutach organizm się przyzwyczajał. Każde wyjście z klimatyzowanego pomieszczenia można porównać wchodzenia do sauny: uchylasz drzwi, czujesz buchnięcie pary, robisz krok do środka i czujesz ciepło na całym ciele. Tajlandia ma to do siebie, że tu robisz krok na zewnątrz.
W każdym zakątku Ziemi można obserwować jak ludzie próbują wpłynąć wzajemnie na zmianę zachowania ludzi ich otaczających. Znając tą prostą prawdę i mając świadomość, ze w dużych skupiskach turystów jest tysiące ładnie uśmiechających się naciągaczy, można albo z tego całkowicie zrezygnować, albo wybrać na co chce być się naciągnięty (czasem to najszybsza i najprostsza droga załatwienia swojej sprawy), albo w najgorszym przypadku, nie być tego w ogóle świadomym. W Bangkoku sztuka manipulowania turystami została opanowana do perfekcji. Odkrycie triku jest jak otwarcie niechcianego prezentu pod choinką. Zostałem nabrany pierwszego dnia! Powiązanie wszystkich faktów i odkrycie manipulacji daje trochę satysfakcji. Kierowca trzykołowej taksówki tuk-tuk (jednoczęściowy motor z przyczepką, z ławkami) zatrzymał się na ulicy, zawołał nas i zaproponował przejażdżkę po China Town za 2 złote (20 batów). Najpierw pojechaliśmy do jednej ze świątyń, gdzie jego kolega powiedział nam, że powinniśmy pojechać do jednego ze sklepów, gdzie teraz jest super promocja. Kierowca tuk-tuka powiedział, że zabierze nas tam za darmo. Po zwiedzeniu 3 sklepów, gdzie można było zamówić garnitur z jedwabiu i dwóch sklepów z biżuterią, po prostu zacząłem się śmiać. Wpadłem jak śliwka w kompot. Cała ta przejażdżka była ustawiona! Kierowca w każdym sklepie zbierał punkty, które wymieniał na darmowe litry benzyny. Gdy przyjechaliśmy do trzeciego sklepu zamiast skierować się do drzwi uciekliśmy w boczną uliczkę - kierowca miotał za nami tajskie przekleństwa. Pewnie chciał, żebyśmy najpierw weszli do sklepu, a potem uciekli, ale to już by było za dużo. Ile można udawać, że chce się kupić garnitur, sukienkę, czy bransoletkę i jaką wyślizgnąć się po angielsku, kiedy sprzedawca sięga po terminal płatniczy?


Po południu przyleciały doktor Quinn i Magda. Aniołki były w komplecie. Mój instynkt podpowiedział mi, że Magda będzie najbardziej zadowolona z wyjazdu i najbardziej na nim skorzysta. Ma dużo potencjału i energii. Teraz wszystko jest w jej rękach, czy wleje swoją energię do glinianego naczynia i szczelnie zapieczętuje jak leżakujące wino, czy będzie plantatorem rozsiewającym ziarna dookoła, pozwalającym wybrańcom skosztować wybornych owoców?