Październikowy Bałtyk jest nieprzewidywalny

Poniedziałek, 10 października 2011

Visby Czytano: 6272

Zachód słońca na październikowym BałtykuZe względu na znikomą przejrzystość wody na pokazowej lekcji nurkowania w Bałtyku instruktor powiedział do mnie: jeżeli nauczysz się nurkować w Bałtyku to inne akweny będą dla Ciebie pestką. Tą samą mądrość można przywołać dla innej dyscypliny. Kto żegluje po Bałtyku poradzi sobie na każdym innym akwenie. Są tacy, którzy starają się okiełznać nieprzyjazne wody i niesprzyjające wiatry nawet we wspomnianym w tytule październiku. Jak z tym wyzwaniem poradziła sobie siedmioosobowa załoga s/y Aspera?

Lubi się kłaść powiedział armator podczas oddawania jachtu do czarteru. Tak, w rzeczy samej lubi to robić, myślałem każdego kolejnego dnia. Ja spałem na dziobie, gdzie zawsze rzuca najbardziej. Możliwość wyspania umożliwiał jedynie podział wacht, według zasady, że w koi znajdują się osoby z różnych wacht, w przeciwnym wypadku załoganci obijali by się o siebie i żaden by się nie wyspał. Jacht potrafił wybić się na fali, by po chwili z impetem uderzyć w tafle wody. W swojej kajucie, przechodząc przez wszystkie stany nieważkości, czułem się jakbym był w bębnie wirującej pralki. Po każdej większej fali jacht spadał w dół, a za nim spadałem ja na swój materac. Po chwili oboje podnosiliśmy się na fali by powtórzyć cykl. Forluk (okno) nad moją głową symulował drzwiczki do wyjmowania odwirowanego prania. Ze względu na budowę kadłuba, czyli obecność zimnej wody po obu burtach, w dziobowej kajucie jest najchłodniej. Niższa temperatura jest powodem większej wilgoci w tej kajucie. Ciepłe powietrze skrapla się na ścianach. Po dwóch dniach materac i wszystkie rzeczy nasiąkły wodą tak, że nie wyschły już do końca rejsu. Najlepsze miejsce do spania to mesa. Mesa ma tylko jedną wadę, to pomieszczenie przejściowe i korzystają z niej wszyscy. Konflikty przy takim stłoczeniu na tak małej przestrzeni, gdzie każdy metr ma swoje własne zasady, są nieuniknione. Pierwszy konflikt dotyczył właśnie mesy. Pierwszy oficer poczuł się zbyt swobodnie i dostał burę od drugiego oficera, który był u siebie. Mogłem spać w mesie, ale wybrałem dziób, zimno i mokro, ale przynajmniej mam spokój.

Załoga podczas pracy na pokładzie nosi na sobie kamizelki pneumatyczne, których napompowanie następuje automatycznie po zamoczeniu w wodzie. Niezawodny wyzwalacz nie uruchomi się samodzielnie podczas ciężkich warunków, np. podczas deszczu lub po zalaniu falą.  Gdyby załogant podczas wpadania do wody stracił przytomność, to prawidłowo założona kamizelka utrzyma jego twarz nad powierzchnią wody. Do tego w kamizelek były przypięte karabińczyki, za pomocą których można się przypinać do stałych elementów jachtu. Mimo możliwości wezwania pomocy za pomocą systemu GMDSS lub EPIRB znalezienie człowieka za burtą jest trudnym zadaniem. Ze względu na hipotermię każda minuta jest bardzo cenna. Wystarczy, aby temperatura ciała spadła poniżej 24 stopni Celsjusza, aby nastąpiła śmierć. Czas przeżycia w październikowym Bałtyku, gdy temperatura wody wynosi 10 stopni to 1 godzina!

Na rejsie nie zaistniały okoliczności automatycznego uruchomienia kamizelki, ale na pewno panowały ciężkie warunki. Największym wyzwaniem był etap z Visby do Helu, choć w pierwszej kolejności docelowym portem miał być Kalmar, którego nie udało się osiągnąć ze względu na zachodni wiatr. W ciężkich warunkach przestaje się liczyć cokolwiek, najważniejsze jest przetrwanie. Dzięki takiej adrenalinie można przetrwać za sterem nawet 4 godziny na nocnej wachcie, gdy co chwilę oblewa Cię fala, a wiatr dmucha prosto w Twoją twarz. Można obrać dowolną drogę, ale najkrótszą wyznacza się pomocą kompasu. To podróżowanie po innym świecie pokrytym ruchomymi grzbietami fal. W tym świecie panują zupełnie inne reguły, gdzie kapitan jest pierwszy po Bogu.

Do Visby przypłynęliśmy nocą. Następnego dnia przywitał nas Miłosz, który oprowadził nas po mieście i ugotował dla nas zupę rybną. Miłosz przemieszcza się po wyspie za pomocą najbardziej znanego szwedzkiego roweru wojskowego m/42. Pierwszy pułk piechoty rowerowej I 27 został powołany na Visby w 1901. W 1942 w całej Szwecji istniało już 6 takich pułków. Ponad 40 lat temu armia zaczęła sprzedawać swoje rowery jako nadwyżki wojskowe. Stały się wtedy bardzo popularne jako tani w utrzymaniu środek transportu, zwłaszcza wśród studentów. Rowery te są bardzo łatwe naprawie, ponieważ praktycznie każdy element można szybko wymienić za pomocą narzędzi ukrytych w metalowym schowku pod bagażnikiem. Cała konstrukcja jest bardzo solidna i waży około 26 kg. Miłosz planuje przemalować swój rower. Niewątpliwie będzie to unikatowy model, ponieważ oryginalnie rowery występują tylko w dwóch kolorach: czarnym i zgniłym zielonym.

Na zakończenie wspomnę o historii, która miała miejsce na samym początku… Tuż po oddaniu wszystkich cum i przepłynięciu 10 metrów okazało się, że silnik stanął ponieważ jedna z lin została w wodzie. Jacht stracił manewrowość, a wiatr zaczął znosić jacht na keję. Uratowało nas błyskawiczna decyzja o rzuceniu kotwicy wydana przez kapitana. Wtedy rozpoczęła się trzygodzinna walka z wkręconą w śrubę liną. Pierwszy do wody wszedł drugi oficer. By móc spędzić więcej czasu pod nieprzejrzysta woda do ust włożył przewód paliwowy. Pierwszy koniec trzymał w ustach, drugi koniec asekurowałem nad powierzchnią wody. Walczył najdłużej, a porosty na kadłubie porozcinały skórę na jego głowie i ramionach, po 10 minutach wyszedł zakrwawiony. W nagrodę dostał batona i kubek herbaty. Drugi wszedł Robert, z wody wyniósł informację, że lina jest zaciśnięta. Trzeci wszedł kapitan. Gdy stanął na rufie w samych kąpielówkach i zapytał się czy ktoś nie ma gogli pomyślałem, że jego blondwłose, kościste ciało nie przeżyje tyle minut w wodzie. Kapitan też chyba o tym pomyślał, ponieważ obwiązał wyżej wspomniane ciało pętlą z węzłem ratowniczym. Przeżył, ale lina dalej była zaciśnięta. Kolejnych śmiałków nie było. Wszyscy zeszli pod pokład by się naradzić i przebrać. Na rufie zostałem tylko ja. Przed moimi oczami stanęły dwa obrazy: mój znajomy kapitan Adam, w którego referencjach jest opisana podobna przygoda. Adam błyskawicznie wskoczył do wody i przeciął linę zanim załoga zorientowała się co się stało (zobacz referencję z 2010-08-02). Cała sytuacja również działa się w porcie, więc na zastanawianie się nie ma czasu. Drugi obraz to sytuacja ze spływu kajakowego po Drawieńsku Parku Narodowym. Nikt nie mógł przepłynąć przez wystający 30 cm ponad powierzchnię powalony wzdłuż rzeki pień olchy. Prawie wszyscy wychodzili i przenosili kajaki brzegiem. Po chwili w tym miejscu zrobiła się widownia podżegająca do próby. Każdy z widzów miał dobrą zabawę bo wiedział, że jest to niemożliwe. Nagle przeszkodę pokonała ekipa, która po wszystkim powiedziała, że nie wiedzieli, że jest to niemożliwe. Łącząc te dwie historie uznałem, że nie ma czasu dłużej zwlekać. Czas na trzeciego oficera, wchodzę. W wodzie okazało się wszystko już znacznie prostsze. Lewą nogę oparłem o płetwę sterową, prawą o mieczową. Kapitan trzymał drugi koniec liny za który byłem przywiązany węzłem ratowniczym. Poprosiłem o nóż kuchenny. Przyklejony do burty mogłem utrzymać głowę nad powierzchnią wody, a wyprostowanymi rękami kroić linę jak chleb. Po dwóch minutach krojenia za pomocą ostrza noża moje ciało poczuło ustępowanie naprężonej liny. Powiedziałem do kapitana: poluzuj, schodzę tam! Po drugim zanurzeniu wypłynąłem z liną w ręku. Było jej aż 3 metry. Mogliśmy wznowić rejs.