Irkuck

Poniedziałek, 30 listopada 2009

Irkuck Czytano: 338

Wydałem wszystkie pieniądze, a najbliższy bankomat w Irkucku. Jestem zmuszony wracać na stopa. Renata się przyłącza. Za autostop obowiązuje opłata, po szybkich negocjacjach schodzimy do 30% wartości ceny przejazdu autobusem. Proszę o miejsce z przodu, rozmawiam z kierowcą. W połowie drogi zatrzymaliśmy się, podgrzaliśmy zupę, odpoczęliśmy. Dzieci kierowcy dostały ode mnie polskie ciastka. Wieczorem jesteśmy ponownie w domu Natalii i Igora. Dzięki trzem Buriatkom zacząłem dość płynnie mówić po rosyjsku. Mogę już wysłowić każdą myśl. Tej nocy Natalia przyjmuje jeszcze dwie osoby: chłopaka z Katalonii i dziewczynę z Francji. On wyjechał na wymianę studencką do Francji, tam się poznali i zostali parą. Teraz podróżują razem dookoła świata. Wyciągam z plecaka polską wódkę, szybko na stole pojawia się też butelka Francuski. Ten wieczór był wyjątkowo imprezowy. Tłumaczyłem nawet z rosyjskiego na angielski i odwrotnie. Igor przynosi nabity kałasznikow, którego używa do obrony własnej. Każdy z gości dostaje po naboju. Następnego dnia Igor bierze kilka godzin wolnego – w końcu jest właścicielem firmy budowlanej, zatrudnia 30-ci osób i zabiera nas na wycieczkę do Listwianki nad Jeziorem Bajkał. W drodze dużo rozmawiamy po rosyjsku. Pokrowce w jego samochodzie były szyte na zamówienie i kosztowały 3 tysiące dolarów.
Z Renatą postanawiamy przejść  połowę drogi między Listwianką, a Sljudzianką malowniczym szlakiem kolei krugobajkalskiej, a dalej złapać jeżdżący tam turystyczny pociąg. Żeby przejść cały odcinek po torach potrzeba czterech – pięciu dni. My mieliśmy tylko 2. Okazało się, że pociąg jednak nie jechał i w kilka godzin musieliśmy przejść około trzydziestu kilometrów, żeby zdążyć na 2150 na pociąg do mongolskiej granicy odjeżdżający z Irkucka. Długi i szybki marsz w przelotnym deszczu nie był odczuwalny ze względu na emocje, które się wyzwalały przy groźbie spóźnienia się na pociąg – skończą się nam wtedy wizy i narazi nas to na kary pieniężne. Do tego musieliśmy zdążyć na prom kursujący dwa razy dziennie przez Angarę. Nasza super drużyna dotarła mając dwugodzinny zapas przed przeprawą na drugą stronę rzeki – to bym iście maratoński marsz. Te dwie godziny wykorzystaliśmy na wysuszenie swoich rzeczy i siebie w maszynowni. W Listwiance nie czekamy na marszrutę (bus uprawniony do przewozu osób) tylko szybko łapiemy stopa. Na właściwy peron docieramy o 2142 mamy osiem minut czasu – jak zwykle wbiegamy na perony. W pociągu większość osób to Mongołowie…