Ułan Bator
Ze stacji Suche Bator jedziemy całą noc do stacji Ulan Bator. Suche Bator to mongolski odpowiednik Cheguvary. Na granicy Renta pada ofiarą cinkciarzy. Najpierw wymienia dolary na ruble, a na następnej stacji ruble na tugriki – wyszła jak Zabłocki na mydle. Po przyjeździe idziemy do Ghanas Guest House, gdzie spędzamy w gerze (tradycyjnym mongolskim domu) dwie noce. Jedna z najmłodszych stolic nie urzeka. Renata napisała ogłoszenie w którym poszukujemy osób do wspólnego wynajęcia samochodu z przewodnikiem. Cenną wskazówkę otrzymujemy od trzech spotkanych Polaków: Czon, Jama i Bawgaj – są to ksywki zaczerpnięte z języka mongolskiego. Moja ksywka Longger to Undur i tak od tej pory przedstawiam się w Mongolii. W trójkę przyjeżdżają tu co rok na miesiąc i zwiedzają najpiękniejsze regiony przemieszczając się konno. Taki sposób proponują i nam. Zanim jednak zaczniemy realizować jakieś założenia odnośnie podróży próbujemy złożyć wnioski o wizy chińskie – niestety nie mamy kompletu dokumentów. Postanawiamy, że nie będziemy czekać dłużej i lądujemy na dworcu próbując kupić bilet do Mooron, niestety bezskutecznie. Jedziemy do Erdenet - miejscowości która prawie znajduje się prawie po drodze, ale jak to czasem bywa prawie potrafi zrobić różnię. Tak było w tym przypadku. W czasie jazdy co kilka minut mijamy stada owiec, krów, jaków, koni i czasem wielbłądów. Późnym wieczorem dojeżdżamy na miejsce. Przechodzimy całe miasto. Próbujemy łapać stopa, ale tylko ktoś z litości przewozi nas do dobrej drogi, gdzie powinniśmy stać. Po godzinie jesteśmy już bardzo zmęczeni. Decydujemy się na rozstawieni namiotu, krótki sen i wrócenie do łapania okazji z samego rana.
Rano po około godzinie stania trafia nam się duża ciężarówka. W dwuosobowej kabinie przez kolejne 30 godzin podróżujemy w 4 osoby, przy rytmicznych bitach Modern Talking. Jest niewygodnie. Jest niewygodnie. Jest niewygodnie. Po kilku godzinach nie czuje pośladków. Może łatwiej Ci będzie to sobie wyobrazić, jeśli powiem, że tam nie ma wytyczonych dróg, po prostu poruszasz się możliwie najprostszym i z najmniejsza liczbą wybojów płaszczyzną. Za widoki za oknem, krystaliczne powietrze i bezchmurne niebo jestem znieść znacznie więcej. Podróżujemy samochodem dostawczym, więc uczestniczymy w życiu naszych kierowców. Zatrzymujemy się lub bardzo zwalniamy przy praktycznie każdym mijanym samochodem (nie jest ich dużo). Obiad jemy w znanej przez kierowców osadzie, gdzie najpierw wraz z nimi obgryzam kości z kręgosłupa z barana, a potem piję kumys (cztero procentowy napój ze sfermentowanego mleka), po którym po kilku godzinach zacznie mnie boleć brzuch, będę wymiotował i miał obstrukcję. Już po godzinie muszę wziąć proszek przeciwbólowy. W nocy kierowca się zatrzymuje i za kilka minut obaj Mongołowie zasypiają. Dla nas jest zbyt niewygodnie, idziemy do namiotu, co mimo zimna okazało się dobrym krokiem – na kilka godzin mogliśmy rozprostować ciało. Wstajemy o świcie i po jedenastej dojeżdżamy do Mooron. Nie mógł bym żyć w takim mieście, po życiu mieszkańców widać, że nie życie ich nie rozpieszczało.
Do Hatgal wybieramy podróż jedynym możliwym połączeniem, czyli marszrutką o 1500. W drodze poznaje Bena, surfera z Australii. Pod naszym siedzeniem jest worek z mąką. Robię małe nacięcie i usypuje trochę zawartości, potem pożyczam od Bena nić i zaszywam mały otwór, kamuflując przestępstwo. Wieczorem planujemy wypić wódkę przy naleśnikach. W Hovsgol przystanek docelowy jest pod naszym guest housem. Nie ma już w nim miejsc, ale możemy spać w jadali na podłodze. Wieczorem przychodzi jeszcze trzech Hiszpanów i razem planujemy konną wyprawę. Następnego dnia po mozolnych zmaganiach w banku spotykamy się z naszymi mongolskimi przewodnikami, którzy przez następne 5 dni będą nas prowadzić przez bagna. Od razu łapie z nimi dobry kontakt i pomagam im w przygotowaniu koni do jazdy. Po dwóch godzinach nasza karawana wyrusza. Podczas wędrówki spotykamy ludzi hodujących renifery. Trzeciego dnia postanawiamy kupić dorodną owcę, wieczorem gotujemy z niej pyszną zupę, reszta mięsa jest na kolejne dni. Czwartego dnia jedziemy do wodospadów uważanych za święte. Kilka strumieni wypływa z góry. Woda z każdego źródła ma inny smak i działa zdrowotnie na inne części ciała – oczywiście piję z każdego, a w ostatnim się zanurzam. Tego dnia przejechaliśmy 50 kilometrów. Konie są bardzo zmęczone, więc następnego dnia pokonujemy krótki odcinek. Jesteśmy już daleko od czystego jeziora, więc Ignazio filtruje wodę swoją pompą. Następnego dnia nasz przewodnik Suja zabiera nas do swojego domu położonego 10 kilometrów od naszego celu Hatgal. Jego pięcioletnia córka za 3 tysiące tugrików i trochę cukierków sprzedaje mi ręcznie robioną przez swoją matkę czapkę z sierści jaka. Wieczorem wszyscy zatrzymujemy się w Guest House Garage 24. Tego wieczoru rozkręciliśmy dyskotekę. Następnego dnia pojechaliśmy do Mooron. Na miejscu Renata, ja i Bonggoui kupujemy 3 ostatnie miejsca na przejazd do Ulan Bator. Kierowca jednak nie rusza po zapełnieniu wszystkich miejsc. Powoli wchodzi kolejne 11 osób. W ostateczności na naszych 3 miejscach siedzi 6 osób, z czego ja tylko w skromnej części korzystam z wykupionego fotela. Reszta pupy zwisa w powietrzu przez 17 godzin. Na miejscu Bonggoui prowadzi nas do Indre Guest House. Nocujemy tam 5 nocy. W tym czasie dużo gotuje (naleśniki, spaghetti, frytki) dla nas i kilku nowo poznanych osób. Z Bonggoui chodzimy także na masaże i do dyskotek, zwiedzając miasto, które jest w licznych przebudowach uprawiamy parkur skacząc przez płoty i otwarte studzienki kanalizacyjne. Ustalamy z Renatą, że się rozstajemy i od tej pory będziemy podróżować oddzielnie, a moim nowym kompanem będzie Bonggoui. Jedziemy do Pekinu przez pustynie Gobi. Odwiedzamy święte mongolskie i buddyjskie miejsce, gdzie uczestniczę w obrzędach. Dzielę się jedzeniem z ptakami i przyrodą, rzucam biały kamyczek mówiąc swoje imię.
Następny wpis: Wyspa Olchon |