Le Marin
Jestem w krainie Piratów z Karaibów. Krainie wygasłych i czynnych wulkanów, gdzie wystarczy przepłynąć kilkanaście mil, zarzucić kotwicę przy brzegu kolejnej wyspy i znaleźć się w zupełnie innym kraju! Karaiby to żeglarski raj! Kraina wiecznego lata, słońca i temperatur +25 stopni Celsjusza. Raj to mało powiedziane... ale język polski jest bardzo ubogi w słowa określające piękno w porównaniu do języka francuskiego, który jest językiem urzędowym na Martynice.
Po wylądowaniu na lotnisku Le Lamentin na Martynice, zgodnie z umówionym sygnałem, założyłem czerwoną czapeczkę z daszkiem. Dodatkowo przygotowałem kartkę A4 z napisem Olivier.
Olivier (45) czekał już na lotnisku ze swoją mamą, która przyleciała tym samym samolotem ale zdążyła już odebrać bagaż. 24 godziny wcześniej wymieniłem z nim dwa e-maile przez Couch Surfing i udało się zgrać nasz wspólny przylot i podróż do jednej miejscowości oddalonej 30 km od lotniska.
Zaskrzypiały drzwi i wsiedliśmy do wypalonego przez słońce, mocno skorodowanego fiata punto. Samochód jeździł, choć był mocno nadgryziony zębem czasu. Szczególnie nadgryzione było lusterko boczne od strony kierowcy, którego nie było. 30 kilometrów dalej, w Le Marin na parkingu czekał Rafael 22. Olivier pożegnał się i poszedł w swoją stronę, a ja miałem iść z Rafaelem. Bez zbędnych obrzędów przekazali mnie jak pałeczkę w sztafecie.
Są sytuacje, które mnie zaskakują lub zadziwiają, jak wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatniej godziny. Staram się wtedy myśleć, że to co się dzieje jest całkowicie naturalne.
Przenieśliśmy moje rzeczy do gumowego pontonu zwanego dinky. Ponton Oliviera miał 15 koni. Więc po chwili weszliśmy w ślizg. Rafael omijał mielizny i jachty na kotwicowisku. Ja trzymałem się uchwytów żeby nie wpaść do wody, gdy ponton znowu wyleci w powietrze wyskakując na malej fali. Kazał mi zapamiętać drogę, bo od tej pory sam będę musiał używać dinky, żeby przemieszczać się pomiędzy łodzią Oliviera pozostawioną na kotwicowisku, a lądem. Własne dinky to jedyny sposób, a to dikny miało być moje...
1,5 kilometra później, a raczej powinienem powiedzieć prawie milę później przybiliśmy do właściwej łodzi i Rafael powiedział, że idzie na imprezę. Co miałem robić? Zdawałem sobie sprawę, że czas na Martynice różni się o -5 godzin od tego w którym aktualnie funkcjonuję i że jestem zmęczony, więc... wrzuciłem swoje rzeczy do środka, przebrałem się w spodenki i znowu wsiadłem do pontonu. Kotwicowisko okazało się wielką wioską, wiele łodzi było zamieszkałych i wszyscy się znali.
Rafael pokazał mi swoją łódź, ale tylko ją minęliśmy , żeby dobić do kolejnego jachtu. Cumowanie przy kei kosztuje 300-400 Euro, więc to rozwiązanie jest znacznie tańsze. Warto wspomnieć, ze łódź Rafaela warta jest ok 5 tys Euro. Rafael zaczął skrzykiwać znajomych z portu. Gdy dochodziliśmy do baru było nas ponad 20 osób. Wyglądało na to, że wszyscy się znają od lat. Rafael jednak wyjaśnił mi, że wszyscy są z kotwicowiska i to naturalne. Baśniowy świat z baśniowymi problemami, którego zasady tworzą jej mieszkańcy.
Każdy trzymał drinka: rum + cukier + limonka. Lokalny zespół dawał koncert. Mimo, że tylko ja nie mówiłem po francusku, to świetnie się bawiłem. Nowa zasada: z Longiem gadamy po angielsku. Nie wiem o której wróciliśmy, ale byliśmy ostatnimi gośćmi. Rafael odstawił mnie i zniknął. Mówią, że to u niego normalne.
Obudziłem się ze strasznym bólem głowy. Skumulowało się zmęczenie i duchota mesy. Stanąłem na pokładzie, żeby zobaczyć jak kotwicowisko wygląda za dnia. Kompletna cisza, słychać tylko szum wiatru ustawiający wszystkie łodzie w jednym kierunku. Po 10 minutach ból głowy ustał. Lekarstwem było świeże powietrze i kabanosy przywiezione z Polski.
Zamiast raczyć się zapasami kabanosów wsiadłem do pontonu i zacząłem walczyć z silnikiem. Nagle z najbliższej łodzi krzyknęła kobieta:
- Musisz wyciągnąć ssanie!
- Tak jest, już mam wyciągnięte!
Po chwili podpłynął do mnie mężczyzna z innej łodzi:
- Ty jesteś tym gościem Oliviera?
- Tak.
- Pokaże Ci jak się odpala silnik.
Błąd polegał na złym założeniu zrywki. Sam się śmiałem z siebie, na szczęście Francuz oszczędził mi wstydu i tego nie skomentował.
Płynąc do kei starałem się rozpoznać jak najwięcej szczegółów. Trzymałem małe obroty, żeby w wypadku mielizny nie uszkodzić silnika. Bacznie się rozglądałem. Nagle zobaczyłem jedną z łodzi, gdzie wczoraj zatrzymaliśmy się na szklankę rumu w drodze na imprezę.
Podpłynąłem bliżej i dostałem zaproszenie na kawę. Na pokładzie panowała poimprezowa sjesta. Cała załoga siedziała na jednej łodzi. W zasadzie były to 3 łodzie spięte burta w burtę, więc można było miedzy nimi swobodnie przechodzić, ale gospodarzem był Alex. Miesiąc temu przepłynął Ocean Atlantycki ze swoim kumplem. Najdłuższy okres bez cumowania trwał 20 dni. Jak się dowiedziałem Francuzi kochają żeglarstwo. Alex 23 nie miał cukru, ale miał słodzik do drinków. Postawiony na nogi dotarłem do portu i po 15 minutach odkryłem idealne miejsce na śniadanie: małą francuską piekarnię. Była bardzo zatłoczona, co smacznie wróżyło. Usiadłem przed jej wejściem, żeby zjeść jak inni mieszkańcy Le Marin. Po chwili zaczęła się parada. Korowód przechodził dokładnie przed piekarnią. W czasie pokazów capoeiry, przegryzając ciasto francuskie z czekoladą pomyślałem, że to wymożone śniadanie i będę tu przychodził każdego poranka.
Wróciłem na jacht, gdzie po godzinie dołączył do mnie Olivier. Na jego łodzi czułem się jak u siebie. Olivier jechał na plaże Świętej Anny, bo w porcie woda jest bardzo zanieczyszczona i nikt tu nie pływa (woda jest mętna, ale nie czuć odoru. Zanieczyszczają nie tylko opróżniane zbiorniki z toalet, ale też detergenty do mycia pokładów jachtów).
Pojechałem z nimi na plażę. W czasie drogi, po prawej stronie, na skraju urwiska stało Tico wbite w słup. Brakowało kilku centymetrów, żeby stoczyło się ze wzgórza. Plaża była długa, wąska i z powodu weekendu bardzo zatłoczona. Palmy pochylały się nad falami. Rastaman sprzedał nam kokosy z których wypiliśmy sok przykładając usta do wyciętych otworów i przechylając ciężką łupinę obiema rękami ponad swoją głowę. Po wypiciu soku Rastaman przeciął łupinę na pół, co pozwoliło nam się dobrać do miękkiego, galaretowatego, soczystego miąższu. W drodze powrotnej zatrzymała nas policja. Olivier dmuchnął w balonik i ruszyliśmy dalej. Jego mama potem długo przemawiała do niego po francusku. Myślę, że był to matczyny ochrzan za brak lusterka po lewej stronie...
Wieczorem przypłynęła załoga, która kończyła rejs. Niesamowicie się zgrali przez 2 tygodnie żeglowania i zrobili niesamowity wieczór pożegnalny. Pisząc to wspominam jak siedziałem za stołem i gubiłem oddech ze śmiechu patrząc jak odtwarzają teledysk mydełka Fa. Pomyślałem, że Ci ludzie znaleźli to czego tu szukali.
Wracając z imprezy następnego dnia do łodzi Oliviera spotkałem po drodze Rafaela. Powiedział, że za 20 minut jedzie ze znajomymi na plażę Świętej Anny i że mogę jechać z nimi. Mimo, że byłem tam wczoraj, to perspektywa wczucia się w klimat francuskich morskich backpakerów wydała mi się nader interesująca... Pobyt na plaży przypomniał sceny z filmu Niebiańska plaża z Leonardo Di Caprio: salta nad załamującymi się falami, nurkowanie i wspinanie się na palmy. Po powrocie nadszedł czas na przeprowadzkę do nowej łodzi, bo poprzednia załoga już wyjechała. Na pożegnanie sprzedałem Olivierowi swój telefon Samsung B 2100. Był strasznie zadowolony. Tak więc rejs się zaczyna, moje rzeczy są na właściwym miejscu, czyli katamaranie Cristal. Nawet już zająłem swoją kajutę kładąc na koi swój plecak - to zrozumiały dla wszystkich, międzynarodowy znak. Telefonu nie mam, ale to mi wyjedzie raczej na dobre...
Poprzedni wpis: Bon voyage |
Komentarze
Dodaj komentarz
# 1 | wellbutrin 2012-02-07 06:53:48
Hello! , diovan.
# 2 | lexapro 2012-02-07 00:52:57
Hello! lexapro generic, generic lipitor online.
# 3 | propecia 2012-02-06 13:26:02
Hello! discount generic propecia, generic plavix.